Przy zjezdzie w dol zboczylismy i przedzierajac sie serpentynami przez wawoz dojechalismy do ruin twierdzy Amber z kosciolkiem. Malowniczo polozone na skalistym cyplu na polaczeniu kanionow dwoch rzek. Caly czas pelne slonce.
Zjechalismy na dol, przejechalismy Asztarak i pojechalismy na polnoc do dwoch klasztorow nad skalistym pionowym urwiskiem kanionu rzeki Amber. Sa to Howanawank, czyli sw. Jana, i Sagmoszawank, czyli Psalmow. Imponujace, bardzo piekne, opuszczone. Dojazd bocznymi uliczkami z wiosek, bez zadnego oznakowania, tylko na mape i jezyk, bo GPS akurat nam wysiadl. Takie perelki i cuda architektury i historii siegajacej V w.
Przy Howanawank w prywatnym domu straganiarki spod kosciola zjedlismy domowy napredce zrobiony obiad ze smazonych baklazanow z pomidorami i jajkiem. Do tego lawasz, czyli tutejsze pieczywo w platkach ktorym sie Ormianie zajadaja, a na deser jogurt ze wszystkimi odmianami dzemow, konfitur i miodow.
Po Sagmoszawank wrocilismy do Asztarak i tam szukalismy ruin trzech koscioleczkow w kolorach czerwonym, bialym i czarnym, zwiazanych legenda z losami trzech dziewic - rudej, blondynki i brunetki, ktore z nieszczesliwej milosci do pieknego ksiecia rzucily sie ze skal wawozu Amber. Kosciolki wydlubalismy wsrod zaulkow, prowadzeni przez przygodnego chlopaka.
Do Erewania dotarlismy wieczorem po znanej juz drodze.
Krzysztof
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz