z ruchem patniczym do swiatyn i turystycznym do palacow rozwinal sie
handel pamiatkami, ciuchami, przyprawami, a takze uzywanymi przez
pielgrzymow barwnikami do strojenia twarzy na kolory przypisane
wybranemu bostwu lub do barwnych wzorow na ubraniach, oraz odpustowymi
ciasteczkami i slodyczami. Wreszcie nie ma klaksonow, a chodniki sa
zrobione z polbruku. Pod swiatyniami wyleguja patnicy i zebracy, a
takze dziady z siwymi brodami w pomaranczowych szatach rzepolacy na
jednostrunowym skrzypadelku i udajacy swietych mezow pozujac do zdjec
za 10 rupii.
A my po sniadaniu z zalem rozstalismy sie z kolonialnymi urokami
hotelu i podjechalismy najpierw nad rzeke do kompleksu mauzoleow
dawnych wladcow Orczy, a potem do fascynujacego kompleksu palacowego z
ktorych najwiekszy Dzahangiri Mahal o kwadratowym planie z obszernym
dziedzincem w srodku, basztami na rogach zwienczonymi kopulastymi
helmami, kryje w sobie sale kolumnowe, doskonale zachowane freski,
kapitele z motywami sloni i pawii, azurowe przeswity i ornamenty, a po
stromych schodkach mozna sie wspinac na coraz wyzsze gzymsy obejmujac
cale wnetrze dziedzinca oraz panorame rzeki Betwa otaczajacej
miasteczko wraz z wynioslymi kopulami swiatyn.
Jeszcze zdjecia pamiatkowe pod misternie rzezbiona brama wejsciowa
strzezona przez slonie i waracamy do miasteczka. Tam podziwiamy
wnetrza swiatyni Lakshmi-Narajan o planie krzyza z poteznymi
przecinajacymi sie nawami o wysokich sklepieniach, nie tak
strzelistych jak gotyckie, biale i puste w srodku; na koncu glownej
nawy oltarzyk Wisznu.
W Orczy kupilismy ziola i inne drobiazgi, i ruszylismy droge. Jest
14:45, 70 km do Kajuraho, 35 stopni, jedziemy waska asfaltowa szosa
wysadzana rozlozystymi drzewami tworzacymi malownicza aleje wsrod pol
porosnietych zbozem rozmaitem, ktore wiesniaczki w kolorowych szatach
w kucki scinaja sierpem i skrecaja w wiazki. Mijajamy sie na styk z
innymi pojazdami; wymaga to zyczliwej kooperacji z obu stron,
samochody jada na czolowke, w ostatniej chwili skladajac sie na ukos i
prostujac w ostatniej fazie mijania, minimalizujac zasieg zjazdu na
pobocze.
Zauwazamy, ze krowie lajno osiagnelo wyzsza forme organizacji i po
przemieszaniu z glina daje sie uformowac w okragle placki, po
wysuszeniu na sloncu swietnie i powszechnie wykorzystywane na
dachowki. Nie wiem jedynie, jak sie sprawuja w porze deszczowej. Do
innych folklorystycznych widokow w wioskach sie juz przyzwyczailismy,
jednoosobowy zaklad fryzjerski na swiezym powietrzu pod drzewkiem
przykul nasza uwage.
Juz niedaleko celu mijamy obszar parku narodowego gdzie zyja dziko
tygrysy.
Hotel nominalnie nam zwyzkuje, 5 gwiazdek, formalnie nic mu nie
brakuje, przestronne pokoje w pawilonie wokol basenu, zielen i kwiaty,
ale nie ma duszy. Nie witano nas girlandami, a w drzwiach nie bylo
wasatego oddzwiernego ktory salutowal wchodzacym. W dodatku nie ma hot-
spota...
Po obiedzie pojechalismy na pokaz tancow hinduskich - takie nasze
Mazowsze. Z zyciem, barwnie i egzotycznie. Po wieczornych pogaduchach
poszlismy spac.
Krzysztof
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz