pelne slonce, oczywiscie upal.
Nie da sie opisac. Skonczona harmonia ksztaltow, biel marmuru
przeplatana z szaro-rozowymi odcieniami, rzezbione wneki sklepien,
kwieciste wzory inkrustowane z kamieni,... Milosc zakleta w cudnych
formach marmuru - Wielki Mogol wzniosl mauzoleum dla swej ukochanej
zony, ktora zmarla przy porodzie... Trzeba bylo nie byc tak kochliwym:
14 dzieci w 19 lat! Los go pokaral: uwieziony przez syna, jedynie z
daleka z Czerwonego Fortu mogl spogladac na grob wzniesiony dla swej
ukochanej, aby spoczac kolo niej w marmurowym sarkofagu dopiero po
smierci!
Nieskonczona liczba ujec foto ktore sie prosza o uwiecznienie.
Szczegoly techniczne: robilem w RAW+JPEG z bracketem +/-2. Niestety z
reki; statywek zabrali przy wejsciu.
Potem twierdza w Agrze zwana Czerwony Fort. Tam sie przenios Wielki
Mogol gdy sie okazalo ze w Fathepur Sikri nie ma wody. Podwojna fosa:
w pierwszej suchej trzymano tygrysy, w drugiej z woda plywaly
krokodyle. Mury dwudziestometrowej grubosci. Oblegany dwukrotnie przez
wojska maharadzow, zdobyty dopiero przez Angikow, ktorzy spladrowali
palac. Sale, dziedzine, sklepienia, kolumnady. Bez zadnych
kompromisow, jesli chodzi o bogactwo i wielorakosc detali.
Oszalamiajace perspektywy, cudny widok z daleka na Taj Mahal w
przymglonym od wilgoci powietrzu.
Troche komercji: wizyta w szlifierni marmuru inkrustowanego
polszlachetnymi kolorowymi kamieniami, inspirowane wzorami z Taj Mahal.
Krotka prrzerwa odswiezajaca w hotelu i wyjazd ponadprogramowy.
Najpierw do jeszcze jednego mauzoleum Akbara z czerwonego kamienia, o
pieknych wzorach i ksztaltach. Co tu pisac! Staje sie nudny.
Potem do osrodka ruchu Krishna we Vrindaban, zalozonego przez bogatego
wyznawce ktory rozkrzewil te wyznanie na zachodzie. Jest to nowy
obiekt z lat 1980, snieznobialo marmurowy. Pelna kontrola przy wejsciu
z rewizja, w srodku straznicy z karabinami. Straszny tlok przy
wejsciu. Trafilismy podwojnie: akurat byl doroczny festiwal Krishny -
cos w rodzaju Bozego Ciala, a w srodku natrafilismy na polskiego
mnicha Krishny, ktory nam to wszystko objasnil.
We wnetrzu swiatyni przejscie w tloku tylko dookola. Wokol przy
barierkach tlum wiernych w scisku. Zaglebiona posadzka czesci
centralnej wypelniona plytko woda. Na wodzie ulozona mandala z
roznokolorowych platkow kwiatow. Po tej wodzie plynie ustrojona
girlandami lodz z postacia Krishny, podplywajac do wiernych. Wierni
padaja na wznak na ziemie albo bezglosnie powtarzaja mantry. Z
glosnikow wala bebny, brzecza dzwony, brzmi muzyka i glosne spiewy. W
glebi pielgrzymi - zwlaszcza mlodzi, duzo bialych zachodnich ludzi w
patniczych pomaranczowych strojach, wygoleni lub z dredami - kreci sie
podskakujac w ekstatycznym tancu: Hari Krishna!.. Hari Krishna!...
Hari Rana!... Hari Hari!...
Marcin, mnich z Polski, w pomaranczowym stroju i z kosmykien na
wygolonej glowie objasnia nam gleboko filozoficzne zasady ruchu:
milosc do wszystkich, wyzbycie sie rzeczy doczesnych, studiowanie pism
Baghawad Ghita, praca nad soba, medytacje wspomagane mantrycznym
powtarzaniem wersetow.
W drodze powrotnej nawiedzamy mityczne miejsce narodzin Krishny -
Mathura, jak dla nas Betlejem, tylko sprzed 3500 lat. Jeszcze wiekszy
scisk i tlok autokarow z turystami i busow wypelnionych pielgrzymami
niczym sardynkami - widzielismy zagladajac okno w okno -
przeciskajacych sie w obie strony pomiedzy stadem wszedobylskich
riksz. O tym jaki zgielk jest po obu stronach ulicy wypelnionycha
bazarami wszelkiej masci, juz nie bede pisal.
Jeszcze dokladniejsza kontrola przy wejsciu i liczniejsze straze.
Swiatynia z czerwonymi kopulastymi wiezami, w srodku ichnia Kaplica
Sykstynska z freskami przedstawiajacymi sceny z zycia i podan, tylko z
jarmarcznymi kolorami klasy jelenia na rykowisku; takie sa tez swiatki
roznych wcielen Krishny, przed ktorymi naboznie modla sie wierni, a
mnisi bija w dzwony. Posrodku radosny tlum, choc juz nie tak liczny,
tanczy i spiewa, inni siedza mantrujac w medytacji, inni klada sie
twarza do posadzki oddajac czesc.
Lekko oszolomieni wychodzimy, mijamy jeszcze inscenizacje w sztucznym
ogrodku skalnym sceny mitycznych narodzin z dwojgiem rodzicow w
biblijnych szatach i dzieciatkiem obserwowanych przez tlum zwierzat -
istna szopka betlejemska. Wychodzimy na ulice, oblega nas z powrotem
tlum dzieciakow wciskajacych nam pocztowki albo blagajacych o datek.
Nie jestesmy w stanie zaleczyc tej nedzy i w obawie przed pogorszeniem
sytuacji pozostajemy niewzruszeni; w koncu dochodzimy do autokaru
ktory musial zmienic miejsce postoju, a nasi nieszczesni natreci
rzucaja sie juz - w tloku i ciemnosci, bo slonce juz zaszlo - do stop,
widzac ze ich rzekoma okazja zarobku lub datku wymyka im sie z rak.
Pelni mieszanych wrazen z calego dnia - od snieznobialej wznioslosci
do czarnej nedzy - wracamy wieczorem do hotelu na obiad. Jutro wyjazd
o 7:00!
Krzysztof
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz