wtorek, 9 marca 2010

Od Dzajpuru do Agry

Wyjazd z Dzajpuru juz o 7:30 i po godzince dojezdzamy do polozonej w
gorach swiatyni Homajuna - boga-malpy. Tu juz nie ma tak wielu
turystow, swiatynne budynki sa dosyc opuszczone zeby nie powiedziec w
ruinie, choc oltarze z bostwami sa wciaz nawiedzane przez pielgrzymow
ktorzy po blogoslawienstwie kapia sie w swych szatach w basenach z
zielona rzesa. Najbardziej fascynujace sa jednak... malpy, ktore
upodobaly sobie siedzibe swej bogini i wysiaduja w oknach, biegaja po
gzymsach, pija wode ze swietych basenow (i sikaja tamze), oraz z
malpia zrecznoscia obieraja banany i wyluskuja z rak turystow podawane
im orzeszki.

Potem palac zony maharadzy Sisodia Rani z pieknymi ogrodami na roznych
poziomach, pelnymi romantycznych pawilonow, z drzewami cykasow,
gilardii, przystrzyzonymi zywoplotami i trawnikami - wszystko niestety
mocno zasmiecone, jak sie okazalo po wczorajszym weselu. Wesela sie tu
robi na 300-500 osob minimum, a bywa ze i na 5000.

Jedziemy dalej do Fathepur Sikri, wymarlego miasta Mogolow. Zbudowane
przez ktoregos z wielkich Mogolow w srodku pustyni w ciagu 12 lat z
czerwonego piaskowca kompleks palacow, ogrodow i wielkiego meczetu, z
wielkim rozmachem i staraniem, opuszczone z braku wody i zmiany
zamiarow wladcy. Opustoszale mury, bramy, dziedzince i kolumnady grubo
ciosane, gdzieniegdzie misternie zdobione, filary o niespotykanych
ksztaltach rozlozystych kapiteli, wszystko to dzis tylko odwiedzane
przez pielgrzymow i turystow, ci ostatni oblegani przez natretnych
sprzedawcow, naganiaczy i zebrakow. Powiem krotko: robi ogromne
wrazenie.

W drodze do Agry mijamy niekonczaca sie pielgrzymke glownie mlodziezy
i rodzin z dziecmi zdazajaca na festiwal czyli swieto bogini Kali - ze
spiewem przy dzwiekach muzyki z glosnikow wiezionych na samochodach.
Dziewczyny i kobiety w roznokolorowych wrecz fosforyzujacych sari:
karminowa czerwien, szafranowa zolc, turkusowy niebiski i szmaragdowa
zielen przetykane granatowa ultramaryna i rozowym blaskiem poranka,
wzmocnione niekiedy zlota nitka lub cekinami.

Wreszcie przebilismy sie przez przedmiescia Agry pelne zgielku
trojkolowych moto-taxi-riksz, riksz rowerowych, motorow, skuterow, a
wszystkie jada dowolnymi pasami trabiac i przepychajac sie jeden przez
drugiego; czasami arba z wielbladem, albo woz z koniem; przez ten
zgielk przeciska sie nasz autokar. Na motorze facet prowadzi, czasami
ma kask, z tylu dziewczyna w zabojczo kolorowym sari siedzi z reguly
po damsku bokiem, skrajem sari zaslania twarz przed kurzem.

No i dojechalismy do hotelu Amar, gdzie przyjeto nas jak zwykle w
kolonialnym stylu. Jak na razie standard hotelu nam zwyzkuje. Podobno
jest hot-spot! Sprawdze po obiedzie.

Po obiedzie sie juz sciemnilo. Bazar we wtorki nieczynny, Taj Mahal
ktory jest od hotelu 1 km niepodswietlony, w zwiazku z czym udalismy
sie na krotki spacer w strone centrum. Troche sklepikow z tekstyliami
i pamiatkami, troche riksz i ruchu ulicznego, ale tego co w Dzajpurze
widzielismy nic nie przebije! Troche ciuchow w sklepiku z ciuchami,
troche dyskusji o artyzmie i precyzji przedstawienia Ganesi (tego z
morda slonia) w drewnie, brazie i marmurze - w sklepie z pamiatkami,
jeszcze wieczorna dezynfekcja w nowozapoznanym towarzystwie z ktorym
sie skumalismy (bo a nuz lody podane na deser zaszkodzily) no i pora
spac. Do hot-spota podlaczyc sie nie moge, sieci tez cos nie widze,
moze rano bedzie lepiej. Jutro Taj Mahal!

Krzysztof

Brak komentarzy: